2034 - książka

wokół książki zrobiono dużo szumu, była cytowana w wielu miejscach zanim w ogóle ukazała się w sprzedaży. jako część oprawy marketingowej, jej części opublikował nawet gościnnie magazyn wired.

ale… ta książka jest po prostu słaba. prościej się tego ująć nie da.

jeśli oczekiwałeś poziomu technicznych detali godnych książek Toma Clancy’ego, tylko dlatego że jeden z autorów to emerytowany admirał US Navy - rozczarujesz się. nie ma żadnych.

jeśli oczekiwałeś papierowych postaci dokładnie takich jak we wszystkich książkach Toma Clancy’ego - będziesz zadowolony, bo wszystkie postacie w tej książce mają życiorys, dialogi i zachowania złożone z 15 sekundowego losowego rzucania słów na papier.

jeśli oczekiwałeś, że historia którą autorzy próbują opowiedzieć, będzie miała sens - rozczarujesz się. nie ma.

ale jak to?

no więc… zacznijmy od początku.

pierwsze rozdziały, “przypadkowo” opublikowane w partnerstwie z wired są bardzo dobre. jest dobry pomysł, jest ciekawa oprawa - ale to właśnie problem z tą książką. autorzy mieli dobry pomysł ale potem zgubili go kompletnie.

zacznijmy od tego, że portretowane od początku “strategiczne” podejście w planowaniu i myśleniu Chińczyków okazuje się złudne. ich cały plan w książce to wojowanie grupą bojową lotniskowca… i to już. cały plan. nie ma nic więcej. NIC.

pierwotnie bardzo intrygująca koncepcja, że Chińczycy mieliby jakieś narzędzia “cyber” którymi mogą “oślepić” wojsko Stanów Zjednoczonych (okręty wojenne, samoloty i nie wprost, ale jest to sugerowane, że również satelity) i jednocześnie w jakiś sposób “porwać” kontrolę nad samolotami, okrętami i tak dalej (tak jak robią to pierwotnie z F-35, który faktycznie jest po prostu porażką na wielu poziomach i studnią bez dna w którą już nawet same Stany Zjednoczone przestają wierzyć, nie sądzę żeby cokolwiek zmieniło się nawet do 2034 roku) staje się po prostu godna śmiechu. otóż w końcu okazuje się, że autorzy jedyne co mają do powiedzenia w temacie tej broni to, że to “cyber”, oraz “cyber” a także “wysoka częstotliwość”. przepraszam, ale to po prostu urąga inteligencji czytelnika a po takich autorach spodziewałbym się więcej - nawet gdyby wydawało się to dzisiaj koncepcją z pogranicza SF. okazuje się, że kombinacja tych dwóch słów (nic więcej z książki się nie dowiesz) czasami potrafi oślepić elektronikę i pozwolić na przejęcie kontroli, a czasami tylko jedno albo drugie.

co gorsza, a to w ogóle nie jest nawet jakoś głębiej opisane w książce - to satelity i łodzie podwodne. w jakiś sposób mamy uwierzyć, że “wysoka częstotliwość” jest odpowiedzią tam, gdzie “cyber” nie jest. przy czym, jak się pod koniec książki okazuje, czasami nie działa ani “wysoka częstotliwość” ani “cyber” (pod warunkiem, że masz silnik dieslowski).

równie dobrze tajną bronią mogłyby być niebieskie pluszowe misie. cała książka miałaby nadal tyle samo uroku i sensu jak teraz, choć zapewne znalazłaby mniejszą ilość czytelników.

tak więc druga część książki jest po prostu śmieszna. przykre, bo czytałem dobrą książkę Elliota Ackermana - (Places and Names) i po prostu spodziewałem się wiecej.

jest też (równie śmieszny) element polski - samotny MiG-29 atakujący rosyjski statek wojenny na Bałtyku. ale cała sytuacja jest dokładnie tak samo śmieszna jak książka - z jakiegoś powodu, mamy zwrócić uwagę, że MiG-29 nigdy nie użył działka zanim próbował zbombardować okręt(!). to może nawet miałoby jakąś większą symbolikę, gdyby postacie w tej książce nie były płaskie i cienkie jak najtańsza kartka papieru.

nie kupuj jej. to co zostało opublikowane w wired stanowi najlepszy fragment całości.

i to wszystko.